czwartek, 4 maja 2017

Wracam



Wracam. Do żywych, do siebie, do stanu bez bólu, bez ciągłych obaw o jutro, do swojego łóżka z niewbijającymi się prętami w żebra, do możliwości spania na prawym boku, do braku pobudek co 3 godziny w nocy na "słuchanie brzuszka", do picia kawy (czasami :)), do nieprzespanych nocy, na czwarte piętro, do swojego domu i swojej Rodziny. Człowiek odcięty od bliskich zachowuje się jak opętany. Leżąc przez ostatnie 5 tygodni w szpitalu w ciąży nie raz zachowywałam się jakbym pomyliła szpitale. Dół na maksa. Tęsknota nieziemska, która wreszcie się zakończyła wraz z przekroczeniem progu naszego mieszkania, w którym jesteśmy już razem, w czwórkę. Walcząc o to co najważniejsze, przewartościowuje się masę rzeczy, dotychczasowe priorytety stają się
błahe i schodzą na dalszy tor. Zobaczenie córki stojącej na klatce, która krzyczała od samej góry mama... mama, kiedy mama po cesarce szła na to czwarte piętro jakby miała zdobyć co najmniej Rysy :D, i ten jej wzrok i radość gdy już te Rysy zdobyłam - no łzy się lały ciurkiem! Podobnie jak ten pierwszy krzyk, na który tak czekałam przez ostatnie 37 tygodni... niesamowite uczucia, które napędzane jeszcze wulkanem hormonów wywołały jego erupcję na najwyższym emocjonalnym poziomie! Jak cudownie być w domu, trzymać na rękach tą małą, niespełna dwu i pół kilową żabę, mieć możliwość karmienia piersią, o co walczyłam z wielkim trudem w przypadku Marysi, móc zrobić sobie długą kąpiel i pocałować męża na dobranoc. Zrywać się na karmienia co 3 godziny i zaśpiewać kołysankę Marysi przed snem :) Choć mój dom przypomina mi teraz skład niepotrzebnych lub dziwnie poukładanych rzeczy, to staram się o tym nie myśleć, przymknąć oko na większość, bo w końcu przez miesiąc gospodarzyli Munsz ze swoją kochaną Teściową i szalejącą Mery :D Cieszę się naszym czasem, regeneruję się ile się da, poświęcamy każdą wolną chwilę Maryśce, żeby nie czuła się odrzucona, a Zuzia nam na szczęście to umożliwia. Dopieszczam spragnioną moich frykasów rodzinę, i chyba wracam do żywych bo zaczęłam kombinować w kuchni ;) To jest czas dla nas, naszej czwórki, czas na naukę siebie i życia z sobą. Jaka czuję się szczęśliwa, i choć składam się teraz codziennie cała z wyrzutów sumienia i morza emocji, to wiem, że ten czas już się nam nie powtórzy i musimy nacieszyć się sobą i tym co mamy. Bo mamy wszystko!


A dla tych, których weekend majowy pogodowo nie rozpieścił i nie wygrzewaliście się na nadbałtyckich plażach pożerając morskie przysmaki, na tapetę wjeżdża nowy przepis na gofry (poprzedni na gofry tradycyjne mojej mamy tutaj) dla całej rodziny! Przepis banalnie prosty a gofry przepyszne i pachnie w domu jak nad morzem! Delikatne, z jogurtową nutą, i co najważniejsze bez cukru! A zatem dla maluchów też!

Gofry jogurtowe dla całej rodziny


1 szklanka mleka (2% lub więcej) 
1 szklanka jogurtu naturalnego 
2 duże jajka 
(te składniki powinny być wyjęte wcześniej aby nie były zimne)
2 szklanki mąki 
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1/3 szklanki oleju rzepakowego lub rozpuszczonego masła (ja wolę z masłem)


Żółtka oddzielamy od białek. Wkładamy do dużej miski wraz z mlekiem, jogurtem, olejem, mąką i proszkiem do pieczenia. Miksujemy do uzyskania jednolitej całości. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli. Ubite białka należy delikatnie wmieszać do ciasta. 
Rozgrzać gofrownicę, nakładać ciasto i piec na rumiany kolor. Czas pieczenia dostosować do swojej gofrownicy (ja piekę na 3/4 mocy przez 7 minut). 
Podawać w zależności od uznania z cukrem pudrem, dżemem, bitą śmietaną, domową nutellą, domowym kremem daktylowym lub same.







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Dziękuję za wszystkie komentarze 😀