poniedziałek, 8 stycznia 2018

Nowy Rok w moich oczach i idealny sernik chałwowy


Postanowienia, resolutions, cały internet i social media huczą od tego. Styczniowym hasztagiem numer 1 będzie zapewne #newyearresolution lub #postanowienia. Ja od jakiegoś czasu przestałam się katować postanowieniami typu mniej cukru w cukrze, czy schudnę do lata 5 kilo a mój brzuch będzie wyglądał jak brzuch Lewandowskiej po miesiącu od urodzenia Klary, kiedy wiem, że mój brzuch nigdy nie wyglądał nawet jak brzuch Lewandowskiej w 9 miesiącu ciąży z ową Klarą. Przestałam sobie narzucać i się później demotywować, bo styczeń miał być bez słodyczy,  a ja już 3ego zjadłam Raffaello, które wszyscy mi dają przecież na Święta. Teraz tak zwane postanowienia zaczęłam tratować jak swego rodzaju cele, marzenia czy zwykle zadania do wykonania w rozpoczynającym się właśnie Nowym Roku i będę je odhaczać lub po prostu wyciągać wnioski z postępów realizacji na bieżąco. Tak to właśnie u mnie wygląda. Z racji tego, że od zawsze jestem typem zadaniowca, to podchodzę do wielu rzeczy w sposób bardzo konkretny i niemal żołnierski, chyba że jest to picie porannej kawy na tarasie w ciepłą lipcową sobotę ;)
Poniżej zebrałam 20 zadań, planów, swoich chciejstw na rok 2018, które mam nadzieję wykonam w całości :) Oczywiście niczego bym nie osiągnęła bez mojej drugiej połowy, a wiele rzeczy ma na celu uszczęśliwianie mojej rodziny, więc wiadomo, w kupie raźniej! 

1.

piątek, 29 grudnia 2017

Przednoworocznie



Nic tak jakby się chciało. Koniec roku nie rozpieszczał, cały grudzień nie rozpieszczał. Przeziębienia, trzy bostonki, śmierć wuja, kolejne choroby, wyjazdowe święta z chorobami w tle. Walczenie o zdrowe oskrzela Zuzi, latanie po lekarzach, bieganie z inhalatorem i katarkiem po całym domu, żeby tylko uchronić się przed antybiotykiem. Dom niesprzątnięty po raz pierwszy na Święta, niedomyte okna i jedynie kilka akcentów, minimalistycznych oczywiście. Skandynawskie gwiazdy w oknach, lampki, lampki, wszędzie lampki i mała jodła w drewnianej donicy. Tyle. Jakieś te Święta nie takie, niedopowiedziane, niedośpiewane, chłodne, niedojedzone bo nikomu się jeść nie chciało przez te katary i stresy. -2 kg na koncie zamiast +4 jak do tej pory

sobota, 16 grudnia 2017

matczyne ramiona i pomarańczowe pancakes



Moja przyjaciółka urodziła dziecko. Drugie. Różnica wieku podobna jak u nas. Kobieta, która była zawsze dla mnie moją Superhero, wzorem do naśladowania, Supergirl, Supermamą, Superczłowiekiem, stanęła bezradności i przerażeniu prosto w oczy. Jak każda z nas, która rodzi kolejne dziecko. Supermama, w swoim odczuciu zamienia się w nieradzącą sobie zdrajczynię, która musi godzinami karmić swoje boguduchawinne drugorodne, podczas gdy drugie, to pierworodne ukochane cudowne dziecię siedzi samo pozbawione matczynych ramion. W naszym odczuciu zaraz zacznie się ono kołysać do przodu i tyłu i jąkać, bo my nie umiemy się rozdwoić, kochać, tulić, trzymać każde z nich tyle samo i tak samo. Ale nie da się. No nie da. Przynajmniej na początku, który zazwyczaj bywa cholernie trudny dla nas wszystkich.

wtorek, 14 listopada 2017

Słów kilka o smakach i jesienny krem rozgrzewający z pieczonej dyni


Treści o jedzeniu jest tyle, ile gospodarstw domowych. Przepisów, patentów, sposobów na najlepsze potrawy, których zapach ściąga do domu marynarzy, przemęczonych po pracy mężów, czy synów marnotrawnych. Dla mnie dom kojarzy się z jego specyficznym zapachem. Dom to nie tylko meble, kwiaty, cottonballsy, to nie tylko muzyka, która wypełnia wnętrze... to zapach. Zmieniający się z każdą porą roku, nastrojem opiekuna ogniska domowego

piątek, 27 października 2017

Ciepło mojego domu, pachnącego czekoladą...


Nastała jesień, a z nią spokojniejsze życie. Spokojniejsze w tego słowa znaczeniu, że nie trzeba ciągle pędzić. Za słońcem, za złotymi polami, spacerami, placami zabaw przepełnionymi dziecinnym gwarem. Nie trzeba mieć wyrzutów sumienia, że nie chce się wyjść na spacer, na lody, czy rower. Nie trzeba mieć wyrzutów, że chce się posiedzieć dłużej w domu, posprzątać sobie, napić się kawy, upiec coś dobrego, żeby to mieszkanie zamieniło się z letniego hotelu na prawdziwy dom. My latem traktujemy często swój dom jak hotel, wpadamy i wypadamy, jemy, śpimy i uciekamy. Do parku, do lasu, na miasto, na wakacje, do znajomych. Chcemy wycisnąć to lato jak cytrynę, spożytkować każdy dzień. Jesień według mnie rządzi się swoimi prawami... nie jest taka wymagająca wobec nas. Pozwala powłóczyć się dłużej w piżamie w sobotni poranek, z kubkiem kawy w ręku, zjeść leniwie pankejki w niedzielę, włączyć jakiś film czy bajki dzieciom, zapalić popołudniu świece i poczytać książkę, posłuchać popołudniowej siesty w radiowej trójce czy napić się lampki wina z mężem. I choć takie schematy dla nas rodziców są rzadkie, bo małe atomy, poruszające się zwykle po naszym mieszkaniu z prędkością światła, a mianowicie nasze dzieci, uwielbiają często

poniedziałek, 16 października 2017

Pokój dziewczyn - czyli noworodek i dwulatka na kupie


Urządzanie pokoju dziewczynek jak ruszyło pełną parą, tak też z pełną parą się uspokoiło. Wyjechałyśmy wiosną z Marysią do Sopotu, żeby Pan Domu mógł przeprowadzić rewolucję, którą oczywiście przeprowadził w dosłownym tego słowa znaczeniu, ja co chwilę zamawiałam coś z dodatków, kurierzy przeklinali co dzień obficie nasze czwarte piętro bez windy, pokoik miał być gotowy na Święta i klops. Wraz z moją pierwszą wizytą w szpitalu zaraz po powrocie z Sopotu, koniecznością leżenia i kolejną już dłuższą wizytą aż do pojawienia się Zuzi na świecie, dojechały wszystkie zamówione przeze mnie rzeczy i na tym się skończyło. No przecież nie pozwolę Munszowi wieszać wszystkiego wg jego upodobań (sorry Kochanie :D). Także przyszedł moment, że już się pozbierałam, lato się skończyło i wykończyliśmy pokoik. Brakuje jeszcze kilku realizacji moich planów, ale to sukcesywnie się będą pojawiać, a ja będę się z Wami nimi dzielić na bieżąco.
Zaczęło się od zrobienia komody (tutaj dokładny opis jak zliftingować zwyczajną komodę z sieciówki na takie cudo).

poniedziałek, 18 września 2017

One dwie i idealne curry z indyka



Siedzę sobie sama. Wreszcie sama, z książką i herbatą. Ciepłą, olaboga! W kuchni na krześle, przy stole. Za mną wyjęte blachy z piekarnika bo robiłam muffiny, cały zlew garów bo zmywarka nie nadąża... a może to ja nie nadążam?! Czasami na pewno. I bez wyrzutów sumienia cieszę się z mojej samotności w pojedynkę, bo ostatnio zaczęłam swą samotność inaczej traktować, często nazywając w ten sposób stan siedzenia z dzieckiem w jednym pokoju, kiedy to dziecko w ciszy bawi się nożyczkami czy też (to młodsze) akurat nie płacze i nie chce na ręce. To też dla mnie taka jakby samotność. Więc dziś siedząc pośród blach i brudnych garów, na średnio wygodnym krześle ale w pojedynkę z tą książką, to jakby luksus swego rodzaju. Jedna śpi w jednym pokoju umęczona nocnymi męczarniami swego niemowlęctwa, druga śpi, bo katar męczy a i pora drzemkowa się zrobiła. Na szczęście Mary umie już zasnąć prawie wszędzie, wiec i kanapa w dużym pokoju się do tego nadaje gdy maluch okupuje ich dziewczyński pokoik. Tydzień przedszkola uskrzydlił mnie totalnie i dał nadzieję na więcej, a tu klops, a raczej gil popsuł moje plany i zamiary wszelkie na ten tydzień. I tak oto zostałam w domu z nimi dwiema, rozdzierając się co chwila na kawałki by móc dać siebie każdej po trochu. I czasem muszę